COMO – MILAN 1:3!
Alessandro Nesta był gościem Gianluki Gazzoliego, który prowadzi podcast "Passa dal BSMT". 49-letnia legenda Rossonerich opowiedziała o najważniejszych momentach swojej kariery w mediolańskim klubie, pełnej sukcesów i osiągnięć. Były środkowy obrońca poruszył wiele interesujących tematów, a w szczególności mówił o swojej przygodzie z drużyną Milanu: o zwycięstwach, porażkach, o Berlusconim, Ancelottim, Maldinim i wielu innych ważnych postaciach.
O odejściu z Lazio: "Nie chciałem odchodzić z Lazio. Rok przed tym, jak sprzedano mnie do Milanu, zgłosił się po mnie Real Madryt, a raczej przysłali piłkarza, który powiedział mi: »Powinieneś grać w Realu«. Odpowiedziałem mu: »Gram w Lazio«. Rok później zostałem zmuszony do odejścia, bo nie dostawaliśmy pensji przez 8 miesięcy: nie tylko my, piłkarze, ale też magazynierzy, wszyscy. W szatni panował chaos, którego nie da się opisać. Wiedziałem już, że odejdę po sezonie – zakomunikowano mi to wcześniej, ale i tak czułem, że to już koniec. W ostatni dzień okienka transferowego Lazio próbowało wyciągnąć jak najwięcej od Milanu, ale ja wiedziałem, że muszę odejść".
O możliwości przejścia do Interu przed transferem do Milanu: "W miesiącach poprzedzających transfer do Milanu, miałem trafić do Juventusu, ale szczerze mówiąc nie chciałem tam iść. Potem pojawił się Inter, ale po 5 maja (gdy Inter przegrał mistrzostwo) zniknęli, może podjęli inne decyzje. Po tej dacie (porażki Interu) temat upadł. W końcu, w ostatni dzień mercato, pojawił się Milan. Nie chciałem tam iść, bo byłem pewien, że to Inter wygra w kolejnym sezonie. A potem wyszło dobrze – wygraliśmy Ligę Mistrzów w pierwszym sezonie".
O przyjeździe do Mediolanu: "Pamiętam pierwszy dzień na San Siro: był mecz towarzyski i mieli mnie zaprezentować przed spotkaniem. Szef ultrasów Milanu otworzył mi drzwi auta i powiedział: »Witamy w Mediolanie«. W Rzymie, jak były protesty, trzeba było nosić kask bojowy! Tu byłem w szoku: szef kibiców – uprzejmy, dobrze wychowany. Nie chciałem zostać w tym mieście, przez pierwsze 6 miesięcy grałem fatalnie, bo tęskniłem za wszystkim".
O kolegach z drużyny: "Znałem już kilku, jak Pirlo i Gattuso. Ale największy szok przeżyłem na treningach. W Romie trenowaliśmy, ale nie tak intensywnie. W Milanie – tempo niesamowite. To nie trener wymuszał, tylko koledzy. Paolo (Maldini) już na rozgrzewce pędził jak szalony, reszta też, a ja zostawałem z tyłu. Zrozumiałem, że jeśli chcę tu zostać, muszę nadążyć. Trudno było się dostosować: do intensywności, powagi i codziennej rywalizacji w Milanello. Obłęd!"
O grze z Paolo Maldinim: "To był ogromny bodziec. Miałem wielu kolegów z drużyny, ale tylko przy nim czułem onieśmielenie. Spędzaliśmy razem wakacje, mieszkaliśmy w tym samym budynku w Miami. A mimo to, kiedy z nim rozmawiam – do dziś robi na mnie takie wrażenie. To przez szacunek. Nigdy nie było rywalizacji między nami, wiedzieliśmy, że potrzebujemy się nawzajem. Gdy Paolo odszedł, zostałem sam, trochę już stary i przyszedł Thiago Silva. Całe szczęście, bo sam nie dałbym rady przez kolejne trzy lata. Ja pomogłem Paolo, Paolo pomógł Baresiemu i tak to działa".
O mentalności Milanu z Berlusconim i Gallianim: "Wiesz, kto daje ci tę mentalność? Klub. Kiedy klub jest poważny, ma jasne cele, jest wymagający, ale daje wszystko – to czujesz. W Milanie Berlusconiego i Gallianiego, jak przyjechałem, dali mi do wyboru dowolny dom, za który oni płacili. Mimo że zarabialiśmy dużo i mogliśmy sami płacić. Ale oni mówili: »Ty masz się nie martwić – masz myśleć tylko o zwycięstwach. My zajmiemy się resztą«. Ale jak coś zawaliłeś – to nie było »spoko, nic się nie stało«. Byłeś wtedy zrównany z ziemią".
Jeszcze o tamtym Milanie: "Jak zremisowaliśmy u siebie z Empoli... nawet ogrodnicy się na ciebie krzywo patrzyli. Bo na koniec sezonu wszyscy mieli premie – niezależnie od roli w klubie: ogrodnicy, kelnerzy... Więc jak nie wygrywaliśmy, patrzyli na nas krzywo (śmiech). Ale jak wygrywaliśmy, to my – piłkarze – robiliśmy koperty z premiami i rozdawaliśmy. Jak wygraliśmy Ligę Mistrzów, klub płacił podwójne pensje, ale my też dzieliliśmy się premiami. Dla nas to może była drobnostka, dla nich – ogromna suma. O 4 w nocy wracaliśmy do Milanello i kelner uśmiechnięty czekał, by nas nakarmić. Gdzie indziej o tej porze by cię wyśmiali. W Milanello wszyscy ciągnęli w tę samą stronę".
O finale Ligi Mistrzów w Manchesterze z Juventusem: "Nie podobał mi się ten finał, wolałbym grać z każdym innym, ale nie z włoską drużyną. Przegrana z Realem – ok. Ale z Juve? Zostaje na zawsze. Nie spałem, miałem ogromny stres. Dzieliłem pokój z Pirlo, on też był spięty, więc pomyślałem: »Jeśli Andrea jest spięty, to chyba koniec świata«. Mecz był trudny, piękny. Dwie silne drużyny, my może z większym talentem, oni bardziej zgrani. Obie umiały wygrywać".
O rzutach karnym: "Obiecałem sobie, że jeśli w życiu trafi mi się coś wyjątkowego, pójdę – np. rzut karny. Nigdy nie strzelałem karnych, może raz w U-21. Ale w finale Ligi Mistrzów podnoszę rękę. Pippo Inzaghi zdjął buty, był lekko kontuzjowany, nie chciał strzelać. Ja mówię: »Trenerze, ja strzelam«. Trener udaje, że mnie nie widzi, potem pyta, czy jestem pewny. Byłem spokojny... dopóki nie zobaczyłem Buffona. Ale wpadło! Pokonałem psychiczną blokadę, którą miałem od meczu Roma – Lazio (5:1), wówczas nie wytrzymałem psychicznie".
O Stambule (finał Ligi Mistrzów 2005): "W życiu przeżyłem dwie naprawdę ciężkie traumy, finały, które wpłynęły na mój sen: ten z Liverpoolem i ten z Francją na Euro 2000. To, co się stało w Stambule, było niemożliwe do zrozumienia: prowadzimy 3:0, Benitez robił zmiany tylko po to, żeby nie stracić czwartego i piątego gola, byli bezradni, a my graliśmy mecz życia. Tylko jeden zawodnik trzymał ich przy życiu – Steven Gerrard, był wszędzie. Wchodzimy na drugą połowę: ktoś mówił, że świętowaliśmy, a to nieprawda, wręcz przeciwnie, kłóciliśmy się. A potem oni strzelają trzy gole. Ludzie zapominają o paradzie Dudka przy strzale Szewy z linii bramkowej – nie masz siły, żeby wybić taką piłkę. Wierzę trochę w przeznaczenie: tak miało być. Czasem dzieją się rzeczy, które nie zdarzają się nigdy więcej".
O tym, czy ta porażka mogła zachwiać równowagą w szatni: "Nie! Pokłóciliśmy się z kibicami na lotnisku, przemówił Paolo Maldini. Nic wielkiego, ale padły mocne słowa. Myślę, że ostatni mecz Paolo był też po części konsekwencją tamtego dnia, tak to widzę. Wszyscy, my i kibice, nie byliśmy wtedy w formie, puściły nam nerwy. Nie spałem całą noc: niektórzy płakali, Gattuso chciał zakończyć karierę i odejść. Trener też był zdruzgotany, a był dla nas kluczową postacią".
O tym jak drużyna z tego wyszła: "Byliśmy grupą silnych ludzi. Zebraliśmy się, postawiliśmy sobie cel i wygraliśmy. Znowu przeciwko Liverpoolowi i znowu to był los. W 2007 roku oni też to czuli. Bo jeśli robisz z siebie bohatera, kiedy wygrywasz, to prędzej czy później zapłacisz za to rachunek, i tak się stało. W rewanżu ich dopadliśmy i przegrali. Trzeba umieć wygrywać. Już w autobusie czułem, że wygramy: czasem po prostu to wiesz".
Różnice między derbami Mediolanu a derbami Rzymu: "Zdecydowanie derby Mediolanu są lepsze: derby Rzymu to taka presja, że przestajesz spać. Nigdy w życiu nie czułem się tak źle, przysięgam! Napięcie, które generował ten mecz, już nigdy więcej mnie nie dopadło. Derby Mediolanu to była przyjemność: dwie silne drużyny, zagraliśmy nawet w półfinale Ligi Mistrzów. W Rzymie się zabijają..."
O braku Nedveda w finale w Manchesterze (2003): "Dla mnie to było super, że Nedved nie zagrał w finale. Bo Pavel potrafi uderzyć w okienko, byłem więc przeszczęśliwy. Nawet gdyby Del Piero został w domu, też byłbym szczęśliwszy i lepiej bym spał. W tym sporcie najważniejsi są zawsze piłkarze”".
O relacji z Silvio Berlusconim: "Świetna relacja, prezydent nie z tej ziemi, nie ma drugiego takiego. Miał tysiące spraw na głowie, a pamiętał imiona moich rodziców, mojej żony... Dbał o ludzi, troszczył się o każdego, próbował rozwiązywać wszystkie problemy. Kiedy przyjeżdżał do Milanello, całe centrum się ożywiało – miał niezwykłą osobowość. I chciał wygrywać i wygrywał. Jedyna wada była taka, że po jego śmierci wszystko, co stworzył, było zbyt uzależnione od niego. Doradztwo taktyczne? Tak, zawsze mówił nam o jednym schemacie przy stałych fragmentach gry: pięciu zawodników poza polem karnym, czterech w środku. Mówił: »ci ze środka wychodzą, ci z zewnątrz wchodzą – karny dla nas«. Po Stambule? Nigdy nic nie mówił, zawsze gratulował i powtarzał, że oprócz zwycięstw musimy grać pięknie i zachowywać się odpowiednio. Przeżywał wszystko na spokojnie, także zwycięstwa. Po Atenach był tam z nami, ale nie robił wielkiego show. Zawsze był opanowany".
O Carlo Ancelottim: "Chciałbym być jak on także jako trener. Spokoju Carlo nie mam, może dlatego, że on zawsze wygrywa. Jest fenomenem. Czasem Berlusconi coś mówił, presja zawsze była, ale on miał zdolność przyjmowania całego stresu na siebie – a w drużynie panowała cisza. Zawsze spokojny, z papierosem i kieliszkiem grappy. Zazdroszczę mu tego spokoju! Kiedy go poznałem, przyszedł z Juventusu, gdzie był ostro krytykowany, ale po wygranej Lidze Mistrzów w Manchesterze – odleciał. Ma wyjątkowy dar do zarządzania wielkimi graczami. Wie dokładnie, co powiedzieć zawodnikowi: po zwycięstwie i po porażce".
O Pirlo, Modriciu i wielkich mistrzach: "Andrea to dla mnie niespotykany mistrz. Ostatnio oglądałem mecz Milanu i po raz pierwszy od lat zobaczyłem kogoś jak Pirlo – Modrić. Poza nimi niewiele widziałem takich graczy. Co będzie po Modriciu – nie wiem. Patrzysz na niego: 60 kg, a gra jak szaleniec. Pirlo to inna planeta – zawsze poważny, ale z niesamowitym talentem, widział zagrania, których nikt inny nie widział. I wiesz co łączy wszystkich mistrzów? Pokora! Rozmawiam czasem z piłkarzami z Serie C, którzy zgrywają większe gwiazdy niż Maldini i Pirlo..."
O kontuzjach: "Dużo się nabawiłem kontuzji, miałem 10 operacji. Wszystko zaczęło się w 1998 roku, kiedy naderwałem kolano. Od tamtej pory nie mogłem grać 60 meczów w sezonie. Zawsze pod koniec sezonu przed Mistrzostwami Świata się łamałem, bo ciało już nie wytrzymywało. W 2006 roku wygraliśmy, ale zagrałem dwa i pół meczu – trudno było mi to odczuć jako coś mojego. Przed meczem z Niemcami próbowałem wrócić, Lippi chciał mnie wystawić, ale znów poczułem, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że możemy wygrać mundial. Próbowałem jeszcze na rozruchu i znów kontuzja. Nie mogłem, bo kiedy coś wygrywałem, byłem zawsze bohaterem. Po Mistrzostwach nie pokazywałem się publicznie – nie czułem się z tym dobrze".
O Thiago Silvie: "Gdy odchodziłem, powiedziałem mu: »Ty będziesz lepszy ode mnie«. Był niesamowity. Przyszedł do nas po przejściach: w Moskwie miał gruźlicę i omal nie umarł. Milan go kupił i nikt go nie znał. Na treningach wyglądał dobrze, ale już po dwóch meczach powiedziałem Gallianiemu: »Ten chłopak jest genialny«. Dzięki niemu przedłużyłem sobie karierę o trzy lata, to jego zasługa".
O dzisiejszym Milanie: "Podoba mi się ten obecny Milan. Przyszedł Tare, który ma doświadczenie i dobrze poukładane w głowie. Po odejściu Maldiniego i przyjściu Tare, w tym przejściowym okresie Milan stracił tożsamość – nie poznawałem już niczego. Szkoda, bo Milan ma zbyt bogatą historię i tożsamość, żeby być zamknięty w magazynie i niesłuchany. Tę tożsamość trzeba pielęgnować. Chciałbym, żeby Paolo Maldini mógł wrócić: dla mnie on mógłby iść gdziekolwiek, ale siedzi w domu, bo dla niego to albo Milan, albo nic. On jest stworzony dla Milanu, a Milan jest stworzony dla niego. Wcześniej czy później miłość powróci".
"Wiesz, kto daje ci tę mentalność? Klub. Kiedy klub jest poważny, ma jasne cele, jest wymagający, ale daje wszystko – to czujesz. "
Niech Furlani z Cardinale oprawią sobie ten cytat w ramkę. Przez 3 lata byliśmy tego całkowitym przeciwieństwem.
perełka!
i można tu mnóstwo wniosków wyciągnąć, dlaczego ostatnio Milan to takie flaki..
- Pokora
- Oddanie drużynie
- Wspólny cel
- Poświęcenie
- Zapieprzanie na treningach
- Mental zawodników
- Właściciel klubu, który scala to wszystko
- pewnie jeszcze sto innych rzeczy..
nie mając tego w życiu nie zrobi się wyniku
I zabrzmi to trywialnie, ale pomysł na Milan Silvio był po prostu genialny. Piłkarz ma zająć się piłką, a nie szukaniem domu. Skupiasz się na pracy, bo twój pracodawca zapewnia ci całą resztę - w zamian wymaga 100% zaangażowania. Ale to tylko jeden element układanki.
Bo piłkarze nie czuli się w Milanie jak w "złotej klatce", jak mogą się czuć np. jak u szejków. I tu jest kolejny majstersztyk Silvio. Nesta mówi, że Berlu pamiętał imiona jego rodziców i żony. Silvio starał się nie tylko obsypywać piłkarzami pieniędzmi, ale też chciał, aby sami czuli się docenieni, jako ludzie. Zawsze mówiono, że Berlu miał niesamowity talent do zjednywania sobie ludzi - i jak czytam wypowiedzi piłkarzy o nim, to w ogóle się nie dziwię. Jak inny człowiek się tobą interesuje i cię szanuje, to zwyczajnie go lubisz. A jak to człowiek potężny i z autorytetem, to siła tego działania jest jeszcze mocniejsza.
I teraz z perspektywy piłkarza - możesz skupić się na piłce, dostajesz kupę kasy, jesteś doceniany jako człowiek. To oczywiste, że zżyjesz się z takim miejscem. To oczywiste, że w takiej sytuacji będziesz czuł się wręcz winny, jak zawalisz - bo przecież wszyscy podejmują gigantyczny wysiłek, żebyś ty - jako piłkarz grał jak najlepiej. I ty ten wysiłek cały czas widzisz.
Niesamowity był to Milan. Mam wielka nadzieję, że jeszcze taki zobaczymy - obecny zarząd powinien sobie poważnie przeanalizować jak działał klub jako organizacja za Silvio i próbować to w miarę możliwości to odtworzyć. Choć to nie będzie łatwe bez autorytetu jakim jest Maldini.
Tak samo grał....na luzie, elegancko i bez zbędnej kalkulacji.
Efekt był piorunujący.
Ostatnio oglądałem mecz Milanu i po raz pierwszy od lat zobaczyłem kogoś jak Pirlo – Modrić... mam tak samo jak ty!
Świetne zdanie i pokazuje to ile nam brakowało mając w składzie Mushaów czy Okaforów "I wiesz co łączy wszystkich mistrzów? Pokora! Rozmawiam czasem z piłkarzami z Serie C, którzy zgrywają większe gwiazdy niż Maldini i Pirlo.."
ciekaw jestem, czy ten gdyby trafił do naszej szatni jeszcze z Maldinim też kłapałby tak dziobem?
a kiedy właściciel nie przyjeżdża na rocznicę klubu...? szkoda strzępić ryja