MIKE MAIGNAN 2031!
Wszystko zawiera się w tym spojrzeniu. Nieruchomym, zagubionym w pustce, ze szklistymi oczami, które zdradzają rozczarowanie. Ile razy – aż do niedzieli, gdy Lecce znów wyjdzie na boisko, by zmierzyć się z Fiorentiną – Francesco Camarda będzie się zastanawiał, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby podczas uderzenia z jedenastu metrów nie zadrżały mu nogi. Oczywiście, zdarza się to nawet najlepszym. A skoro tak, to jemu, który dopiero w marcu skończy 18 lat, z pewnością zostanie to wybaczone. Jednak jeszcze przynajmniej przez jakiś czas jego wzrok pozostanie utkwiony na tej piłce, którą zdołał obronić Vanja Milinković-Savić, a potem na wyniku spotkania Lecce – Napoli, w którym Neapolitańczycy wyrwali trzy niezwykle cenne punkty. Dla drużyny Di Francesco byłyby one potrzebne niczym tlen. Camarda z pewnością oddałby wszystko, by tylko mógł je zapewnić. Zamiast tego nadeszła lekcja futbolu. Błędy mają swoje konsekwencje, ale nie każda sytuacja waży tyle samo – czytamy na łamach La Gazzetta dello Sport.
Di Francesco postawił na Camardę od pierwszej minuty, ufając mu bardziej niż Stuliciowi. Pierwsza połowa była dla niego trudna, zwłaszcza w początkowej fazie meczu, kiedy nie otrzymywał podań. Mimo to zdołał znaleźć trochę miejsca, by oddać strzał (niecelny). Wielka okazja nadeszła jednak na początku drugiej połowy. Zagranie ręką Juana Jesusa zostało uznane za przewinienie, ale podczas strzału z rzutu karnego Milinković-Savić wyczuł kierunek uderzenia. Piłka poleciała w prawą stronę bramkarza, niezbyt mocno i niezbyt precyzyjnie. Tak bywa, gdy w głowie kłębi się zbyt wiele myśli. Po golu Anguissy Di Francesco zdecydował się na wprowadzenie Stulicia. I w oczach Camardy zgasł blask, ale nawet to za niedługo minie.