Rúben Amorim rozpoczął pracę w Milanie!
Dziennik La Gazzetta dello Sport we wtorkowym wydaniu zamieścił wywiad z byłym piłkarzem, między innymi Milanu, Dario Šimiciem, który w barwach rossonerich wygrał scudetto i dwukrotnie Ligę Mistrzów. Oto treść artykułu:
Jeśli 70% ludzi pije wodę z kranu, tylko szaleniec inwestowałby w 19-litrowe baniaki. Cóż, to zależy. Dario Šimić jest przyzwyczajony do działania wbrew prognozom. Był obrońcą Dinamo Zagrzeb bez specjalnego talentu, a stamtąd trafił do Interu Mediolan. Do AC Milan przeszedł w wymianie za Ümita Davalę – powiedzmy, materiał raczej na ławkę rezerwowych – a tymczasem jako ważny zawodnik wygrał dwa razy Ligę Mistrzów. Wtedy Šimić zdecydował się zainwestować i został królem wody w Chorwacji. W życiu udało mu się wiele zagrań – najpiękniejsze to wielka rodzina z czwórką dzieci – a nie udał mu się tylko jeden numer, czyli okiełznać Maurizio Zampariniego w Palermo FC… ale to misja niemożliwa dla ludzi i półbogów.
Zaczniemy od wody, rodziny czy piłki?
"Od piłki. Powiem coś, o czym mało kto wie: zanim zagrałem dla Interu i Milanu, byłem blisko przejścia do Juventusu. W 1996 roku byłem w biurze z tzw. Triadą - Luciano Moggi, Antonio Giraudo, Roberto Bettega oraz ja. Byłem o krok od podpisania kontraktu".
I co się stało?
"Moja rodzina uznała jednak, że lepiej nie wyjeżdżać. Miałem 20 lat, trwała jeszcze wojna. Do Włoch przyjechałem dopiero po mundialu w 1998 roku. Chorwacja przed tym mundialem była znana tylko 3% ludności świata. Miesiąc później było to już 30%. Ćwierćfinał z Niemcami pozostanie niezapomniany. Na koniec wszyscy płakaliśmy".
Wtedy pojawił się Inter.
"Tak, w styczniu 1999 roku. To było dla mnie spełnienie marzeń – siedziałem obok Ronaldo, Clarence'a Seedorfa i Javiera Zanettiego. Nigdy wcześniej nie byłem na San Siro i za pierwszym razem, przed meczem z Venezią, pomyślałem: 'Pójdę się rozgrzać na murawie, żeby się przyzwyczaić’. Rozgrzewka odbyła się jednak w środku, więc wyszedłem minutę przed startem i ten stadion był niesamowity. Pierwszy raz widziałem San Siro i od razu miałem tam grać. Czyste szaleństwo".
Jak poszło?
"Po 20 minutach Filippo Maniero ruszył do prostopadłej piłki, a ja byłem spóźniony. Uderzył z woleja – gol. Pomyślałem: »Jeśli tak to wygląda, że wystarczy zostawić napastnikowi centymetr, a on strzela gola, to mogę wracać do domu...«".
A Seedorf, Ronaldo i Zanetti jacy byli?
"Zabawni. Tańczyli".
Tańczyli?
"Tak, wtedy to było normalne – puszczało się muzykę w restauracji albo na domowych imprezach. Południowoamerykańscy piłkarze przyjęli mnie jak swojego. Iván Córdoba był moim wielkim przyjacielem, a Zanetti zaprosił mnie na sylwestra".
A w Milanie – z kim była największa przyjaźń?
"Trzymałem się z Filippo Inzaghim. Kiedy wychodziło się z nim na miasto, co dziesięć minut podchodziła do nas jakaś dziewczyna. Pippo był numerem jeden wśród kobiet. Grupa była świetna. Mówili o mnie, że zawsze śpię, bo byłem trochę zamyślony, żyłem w swoim świecie. Jeśli ktoś przyszedł na trening w niemodnych dżinsach – one nagle znikały. Pamiętam też kilka par bokserek uznanych za niegodne poziomu i powieszonych w szatni".
Stwórzmy ranking: kto był najbardziej, a kto najmniej elegancki?
"Najlepsi: Kakha Kaladze, Marco Borriello, Andrea Pirlo. Najgorsi Brazylijczycy... ale bez nazwisk".
Spośród wspomnień z Milanu wybierzmy jedno z 2003 i jedno z 2007 roku, czyli lat triumfów w Lidze Mistrzów. Jak w 2003 roku powstała ta magia?
"Dzięki geniuszowi Carlo Ancelottiego, który cofnął Pirlo przed linię obrony. Był wizjonerem, piłkarskim ojcem i wspaniałym człowiekiem".
Wspomnienie z 2007 roku wybierzemy sami. Tytuł w "La Gazzetta": "Šimić się nie zgadza i ostrzega: w styczniu zmienię otoczenie". Ancelotti był wtedy mniej wspaniały?
"Po prostu grałem za mało. Z natury byłem obrońcą w trójce albo środkowym. Jako boczny obrońca nie mogłem pokazać swoich atutów. W systemie 4-3-2-1 bocznym obrońcom jest bardzo trudno, bo nie mają nikogo przed sobą".
Trzy lata później zakończył pan karierę i zaczęło się bardzo intensywne życie. Zgadza się?
"Tak, w ciągu tych 16 lat robiłem wiele rzeczy. W sezonie 2016/17 byłem konsultantem w Palermo, w praktyce dyrektorem sportowym, ale z Zamparinim było ciężko. Mówił mi: ‘Idź do trenera i powiedz, żeby zmienił tego zawodnika’. Ale ja się z tym nie zgadzałem – tak się nie robi. A poza tym nie można zmieniać trenera co trzy mecze...".
A teraz?
"Nie pracuję już jako skaut Milanu ani dla Dinama Zagrzeb. Moja rodzina ma 70% rynku baniaków z wodą w Chorwacji – używa się ich w biurach i domach. Ja i mój brat mamy też 22 bary".
No właśnie – rodzina. Pan, żona Jelena i czterech synów, z których trzech gra w piłkę: Roko, Viktor, Nikolas i David. Który jest najlepszy?
"Roko w wieku 18 lat grał w Lidze Mistrzów, a teraz jest w Karlsruhe. Viktor gra na Słowacji, Nikolas w Dinamo Zagrzeb – ma ogromny talent, ale też problemy z kolanem. W życiu piłkarza nie da się niczego przewidzieć".
W czym synowi są podobni do ojca?
"Wychowywaliśmy ich tak samo, ale każdy jest inny. Nikolas za dużo myśli – jak ja. Roko jest spokojny, jak ja kiedyś. Viktor jest do mnie mniej podobny, ale ma wielką chęć działania".
Porozmawiamy o Davidzie?
„Oczywiście. Kiedy się urodził, powiedziano nam, że istnieje możliwość, iż ma zespół Downa. To był szok. Następnego dnia nam to potwierdzono. Dziesięć lat później David jest bardzo samodzielny – chodzi do szkoły z asystentem, odrabia lekcje”.
Co lubi?
"Coca-Colę – mama mu jej zabrania, ale on się chowa i ją pije. Potem pizzę. Ze mną uprawia też trochę sportu. Wszyscy bardzo wiele się od niego nauczyliśmy. Bez Davida nie potrafiłbym sobie wyobrazić życia. Nauczyłem się, że kiedy on kocha, nie kalkuluje, ile chromosomów ma druga osoba. My natomiast wszystko zawsze kalkulujemy".