SCUDETTO


Franco Baresi i trudne lata Milanu: gdy z miłości do Rossonerich był gotów zejść nawet do piekła

3 sierpnia 2026, 21:45, Redakcja Artykuły
Franco Baresi i trudne lata Milanu: gdy z miłości do Rossonerich był gotów zejść nawet do piekła

Do zrozumienia, dlaczego Franco Baresi był najbardziej kochanym piłkarzem przez starsze pokolenie kibiców Milanu – powiedzmy tych po pięćdziesiątce – nie wystarczą triumfy w Lidze Mistrzów ani mistrzostwa Włoch. Trzeba cofnąć się do mrocznych lat, do sezonów, w których Milan staczał się w pozornie bezdenną przepaść. W tamtym ponurym okresie Baresi był kotwicą, nadzieją na lepsze jutro, światłem na końcu tunelu. Był kapitanem "Stowarzyszenia niemal wymarłych milanistów", parafrazując grupę uczniów z filmu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" z Robinem Williamsem, w którym wybrzmiewa słynny wiersz Walta Whitmana: "O Kapitanie! Mój Kapitanie!". Inni odchodzili, ale Baresi zostawał i miał zostać na zawsze. Poświęcił Milanowi swoją młodość, najlepsze lata kariery (między 20. a 25. rokiem życia) grając w najgorszym Milanie od momentu powstania klubu. Gianni Agnelli chciał sprowadzić go do Juventusu. Paolo Mantovani marzył o stworzeniu w Sampdorii defensywnego duetu nie do przejścia – wyobraźmy sobie parę środkowych obrońców Pietro Vierchowoda i Franco Baresiego. Agnelli i Mantovani oferowali miliardy oraz liczne przywileje. Kapitan jednak pozostawał niewzruszony w swojej miłości do Milanu. Warto przywołać zarówno piękne, jak i bolesne wspomnienia, które z perspektywy czasu nie wydają się już aż tak bolesne, bo czas potrafi złagodzić wszystko. To były dni, gdy Baresi był kapitanem statku widmo.

Pierwszy raz w Serie B
Piekło w Tarencie i Palermo

Znana jest złośliwa, ale błyskotliwa uwaga Interisty Giuseppe Prisco (włoski działacz piłkarski, wieloletni wiceprezydent klubu piłkarskiego Inter Mediolan): "Milan dwa razy spadł do Serie B. Za pierwszym razem za pieniądze, za drugim za darmo". To celna, choć kąśliwa szpila. O co chodzi? Pierwszy raz, w 1980 roku, Milan został administracyjnie zdegradowany po wybuchu pierwszej afery związanej z ustawianiem meczów. W języku Prisco była to "Serie B za pieniądze". Baresi nie miał z tym skandalem nic wspólnego. Miał zaledwie 20 lat i pozostał wierny czerwono-czarnym barwom. Tak samo jak Fulvio Collovati, Mauro Tassotti, Aldo Maldera, Roberto Antonelli, Walter Novellino i inni bohaterowie mistrzowskiego sezonu 1978/1979, kiedy Milan zdobył upragnioną "gwiazdkę". Został również trener Massimo Giacomini. Powszechnie sądzono, że pobyt w Serie B potrwa tylko jeden sezon – i rzeczywiście tak się stało. Milan wygrał rozgrywki i natychmiast wrócił do elity. Jednak dwa mecze z tamtego sezonu do dziś wracają w pamięci kibiców niczym koszmary. Pierwszy z nich rozegrano 7 grudnia 1980 roku w Tarencie, na stadionie imienia Erasma Iacovone – legendarnego napastnika miejscowego klubu, który zginął w wypadku samochodowym w 1978 roku. Tamtego dnia Milan przegrał aż 0:3. Dwa gole zdobył Bortolo Mutti. Bramki Milanu nie strzegł podstawowy Ottorino Piotti, lecz jego zmiennik Antonio Vettore, ponieważ Piotti był kontuzjowany. Kto dziś pamięta Vettore, może śmiało nazwać się prawdziwym kibicem Milanu. Mauro Tassotti został wyrzucony z boiska po dwóch żółtych kartkach. W piekielnej atmosferze Tarentu Baresi, jeszcze nie jako kapitan, trwał na pokładzie statku pośród sztormu. Milan szybko się podniósł, wrócił na zwycięską ścieżkę i umocnił się na prowadzeniu w tabeli. Zanim jednak mógł świętować awans, otrzymał jeszcze jeden bolesny cios. 29 marca 1981 roku przegrał w Palermo 1:3. Wszystkie trzy gole dla gospodarzy zdobył Egidio Calloni. Tak, właśnie on – ten sam pechowy napastnik, który w barwach Milanu marnował najłatwiejsze okazje, by później trafiać te niemal niemożliwe. Tamtego dnia na stadionie La Favorita Baresi nie zagrał z powodu kontuzji. Gdyby wystąpił, być może Milan uniknąłby kryzysu, bo hat-trick Calloniego wpędził tysiące kibiców Rossonerich w prawdziwą rozpacz. Milan wrócił do Serie A, lecz Tarent i Palermo pozostały bliznami, których nie da się wymazać. Stały się wręcz lekcją przypominającą, że żadna wielkość nie trwa wiecznie i że o wielkość trzeba nieustannie dbać oraz na nowo ją budować.

Wielki strach
Ból i choroba

Latem 1981 roku największym transferem Milanu był Joe Jordan. Szkocki napastnik, nazywany "Rekinem", ponieważ nie miał przednich zębów i wyglądał groźnie niczym drapieżna ryba. Przybył z Manchesteru United, wcześniej występował także w Leeds United – znienawidzonym przez Briana Clougha. Miał świetne referencje z Wysp Brytyjskich, ale to, co sprawdzało się w Anglii, nie zawsze przynosiło efekty w Serie A. Jordan nie zrobił wielkiej kariery w Milanie, lecz na zawsze pozostał w sercach wielu kibiców Rossonerich dzięki swojemu zaangażowaniu i walecznemu charakterowi. Trudno było go nie lubić. Trenerem był Luigi "Gigi" Radice – człowiek o czerwono-czarnym sercu, który w 1976 roku zdobył mistrzostwo Włoch z Torino. Był szkoleniowcem wyprzedzającym swoje czasy i wymagał od drużyny niezwykle intensywnego pressingu, ale najlepszy okres jego kariery należał już do przeszłości. Początek sezonu okazał się katastrofalny. Milan przegrał w Catanzaro aż 0:3 i odżyły koszmary z Tarentu oraz Palermo. Diabeł najwyraźniej nie był mile widziany na południu Włoch. Powodów było wiele, ale jeden wybijał się ponad wszystkie: brak Franco Baresiego. "Piscinin" poważnie zachorował i nikt nie potrafił zrozumieć, co mu dolega. Pewnego dnia w Milanello dopadły go niewyobrażalne bóle. Został zabrany do szpitala karetką. Zaczęły krążyć niepokojące plotki – widziano go na wózku inwalidzkim, mówiono nawet, że może cierpieć na białaczkę. Po latach sam Baresi wspominał tamte wydarzenia w wywiadzie dla La Gazzetta dello Sport: "Po jednym z treningów źle się poczułem. Powiedziano, że to pubalgia. Czułem silny ból wszędzie – w nogach, rękach, dłoniach. Trafiłem do szpitala. Bałem się. Byłem unieruchomiony. Lekarze mówili, że nie rozumieją przyczyny tych dolegliwości. Nie wiedziałem, co mam myśleć. To był niewytłumaczalny ból, więc do głowy przychodziło mi wszystko i nic... Przeszedłem całą serię badań. Pociłem się, miałem bardzo wysoką gorączkę. W końcu powiedziano mi, że to zakażenie krwi (później wykryto również stan zapalny płuc). Potem gorączka zaczęła spadać i znów mogłem poruszać nogami". Baresi wytrzymał tę próbę, wyzdrowiał i 3 grudnia 1981 roku wrócił do Milanello. Tego dnia trenował przez 25 minut. Nadal pozostawał pod opieką lekarzy i codziennie otrzymywał zastrzyki. Aby zastąpić go podczas nieobecności, klub sprowadził z Brescii Maurizia Venturiego – solidnego piłkarza, jak zwykło się mówić w takich przypadkach, lecz zdecydowanie nie tej klasy co Baresi. Milan zajmował ostatnie miejsce w tabeli, ale najważniejsze było to, że największy strach minął. Franco Baresi wrócił do zdrowia i 31 stycznia 1982 roku odzyskał miejsce w wyjściowym składzie na środku obrony. Stało się to we Florencji. Sam jego powrót nie wystarczył jednak, by odmienić losy spotkania – Fiorentina wygrała 1:0.

Milan zdołał się później częściowo odbudować, ale nie na tyle, by uniknąć kolejnej katastrofy. 16 maja 1982 roku spadł do Serie B po raz drugi – tym razem "za darmo", jak z przekąsem mawiał Giuseppe Prisco. Wygrana 3:2 z Ceseną okazała się bezwartościowa. Na stadionie San Paolo w Neapolu bramkarz Napoli Luciano Castellini podarował Genoi rzut rożny, po którym Faccenda zdobył wyrównującą bramkę. W ten sposób Milan ponownie pogrążył się w koszmarze. Najcenniejszymi zawodnikami drużyny byli Franco Baresi i Fulvio Collovati. Ten drugi coraz wyraźniej dawał do zrozumienia, że chce odejść. Podczas wyjazdowego meczu z Como został trafiony w głowę kamieniem rzuconym przez kibica. W międzyczasie Milan zmienił właściciela. Nowym prezesem został Giussy Farina – człowiek, który stworzył słynny Real Vicenza z Paolo Rossim w składzie. Farina miał problemy z finansami, ale na piłce znał się doskonale. Spełnił życzenie Collovatiego i ku ogromnemu oburzeniu kibiców sprzedał go do Interu. Z czysto piłkarskiego punktu widzenia był to jednak dobry interes, ponieważ pozwolił zbudować zespół, który po raz kolejny zdominował rozgrywki Serie B. W zamian za Collovatiego do Milanu trafili Canuti, Pasinato i Aldo Serena. Tymczasem Baresi był intensywnie kuszony przez Sampdorię. Paolo Mantovani był gotów wyłożyć na niego ogromne pieniądze. Obrońca postanowił jednak przedłużyć kontrakt z Milanem Fariny, podpisując dwuletnią umowę wartą 100 milionów starych lir za sezon. W Genui zarabiałby dwa, a być może nawet trzy razy więcej. Baresi powiedział po prostu: "Milan jest moim życiem". Miał zaledwie 22 lata, gdy powierzono mu opaskę kapitańską. Nie mogło być inaczej.

Zapomniany puchar

Cofnijmy się o krok. San Siro, środa, 12 maja 1982 roku. Do drugiego w historii spadku Milanu do Serie B pozostały jeszcze cztery dni, ale kibice o tym nie wiedzą. Wciąż wierzą w utrzymanie. Czekając na rozstrzygnięcie ligowych losów, dziesięć tysięcy niezłomnych fanów Rossonerich przychodzi na stadion na mecz Milan – Vitkovice, ostatnie spotkanie fazy grupowej Pucharu Mitropa. Stawka jest prosta: jeśli Milan wygra, wyprzedzi Vitkovice i zdobędzie trofeum. Puchar Mitropa to rozgrywki o długiej tradycji – ich pierwsza edycja odbyła się w 1927 roku. Początkowo przeznaczone były wyłącznie dla klubów z Europy Środkowej, kolebki tzw. futbolu naddunajskiego. Z czasem jednak prestiż turnieju malał, a grono uczestników się poszerzało. Ostatecznie stał się rozgrywkami dla mistrzów drugich lig poszczególnych krajów. Milan występował w nich w 1982 roku jako triumfator włoskiej Serie B. Vitkovice były mało znanym klubem z ówczesnej Czechosłowacji. W pierwszym meczu pokonały Milan 2:1, ale Rossoneri zdołali odrobić straty i 12 maja stanęli przed szansą na zdobycie trofeum. Wystarczyło wygrać. I wygrali – 3:0. Pierwszego gola z rzutu karnego zdobył właśnie Franco Baresi. Później do siatki trafili Cambiaghi oraz Joe Jordan, również z jedenastu metrów. Kapitanem tego dnia był Walter Novellino – Fulvio Collovati był kontuzjowany i już nigdy więcej nie założy koszulki Milanu. To właśnie Novellino uniósł puchar w górę. Dziesięć tysięcy kibiców świętowało, skandując: "Serie A! Serie A!" Tak się jednak nie stało. Cztery dni później Milan spadł z ligi, a triumf w Pucharze Mitropa został praktycznie wymazany z historii klubu. Stał się symbolem nieszczęśliwego okresu, o którym wielu wolało zapomnieć. Franco Baresi zawsze jednak z sentymentem wspominał tamto zwycięstwo. Opowiadał o nim jako o krótkiej chwili spokoju – promieniu światła przebijającym się przez mrok burzy. Przesłanie jest jasne: kto wstydzi się Pucharu Mitropa, ten nie jest prawdziwym kibicem Milanu. Bo kiedy naprawdę kocha się klub, jest się z nim zawsze – zarówno w chwilach chwały, jak i w czasach upadku. Łatwo zachwycać się triumfem w Lidze Mistrzów. Znacznie trudniej potrafić cieszyć się z wygranej w Pucharze Mitropa.

Tamta tablica wyników na San Siro
Początek odrodzenia

Sezon Serie B 1982/1983 przebiegał dla Milanu stosunkowo spokojnie. Drużyna prowadzona przez Ilario Castagnera była po prostu zbyt mocna jak na zaplecze włoskiej ekstraklasy – była zespołem Serie A, który tylko na chwilę znalazł się w Serie B. 7 listopada 1982 roku, w niedzielę, Alberto Cerruti opublikował w La Gazzetta dello Sport wywiad z Franco Baresim. Kapitan wspominał dramatyczne wydarzenia z poprzedniego sezonu: "Z bliska widziałem naprawdę chorych ludzi i zrozumiałem, czym jest życie". A następnie dodał: "Jeśli wrócimy do Serie A, podpiszę z Milanem kontrakt do końca kariery. Chcę wygrywać z tym klubem i nigdy go nie opuszczać". Tak właśnie miało się stać. Ale zanim Milan wrócił na szczyt, musiał przeżyć jeszcze jedną bolesną lekcję. Tego samego dnia, 7 listopada 1982 roku, na San Siro odbywał się mecz Milan – Cavese. Stadion był wypełniony po brzegi, a entuzjazm kibiców powrócił. Nikt nie przypuszczał, co za chwilę się wydarzy. Zwłaszcza gdy w 23. minucie Joe Jordan, po dośrodkowaniu Vinicia Verzy, strzałem głową otworzył wynik spotkania. Wszystko wskazywało na kolejne spokojne zwycięstwo. Prowadzenie 1:0 okazało się jednak złudne. Najpierw wyrównał Tivelli, a następnie Bartolomeo Di Michele zdobył gola na 2:1 dla Cavese. Takim wynikiem zakończyło się spotkanie. Zdjęcie elektronicznej tablicy wyników na San Siro z rezultatem Milan 1:2 Cavese obiegło telewizję i gazety, stając się symbolem jednego z najbardziej upokarzających momentów w historii klubu. W programie "90° Minuto" Gianni Vasino zażartował, że: "Cavese wyglądało dziś jak Real Madryt". Z kolei Gian Paolo Ormezzano, wysłannik La Stampa, napisał: "W Serie B Baresi przypomina skazańca na dożywocie, który ciągnie za sobą złotą kulę przywiązaną do nogi". Trudno dziś jednoznacznie odczytać sens tej metafory. Pewne jest natomiast, że zaledwie kilka lat później Franco Baresi sam będzie jednym z głównych kandydatów do zdobycia Złotej Piłki. W 1989 roku zajmie drugie miejsce w plebiscycie, ustępując jedynie swojemu klubowemu koledze Marco van Bastenowi. A wtedy, w listopadzie 1982 roku, Baresi był na boisku. Tak samo jak Mauro Tassotti. Byli tam również podczas kompromitującej porażki z Cavese. Dla kibiców Milanu, którzy przeżyli tamte niewiarygodnie trudne lata, to także powód do dumy. To medale za wierność – zdobyte nie w czasach triumfów, lecz w najciemniejszych chwilach historii klubu.

Śluby
Franco poznaje Maurę, a Farina wynajmuje Milanello na wesela

Nie każde doświadczenie w Serie B przynosi wyłącznie złe wspomnienia. W sobotę, 19 lutego 1983 roku, Milan przebywał na zgrupowaniu w hotelu Delta w Montevarchi. Następnego dnia miał rozegrać wyjazdowy mecz z pobliskim Arezzo. Wieczorem drużyna zjadła kolację w restauracji "Piccolo Alleluja". To właśnie tam Franco Baresi zwrócił uwagę na młodą kelnerkę, która obsługiwała stoliki. Miała na imię Maura Lari i była córką właściciela lokalu, Valeria Lariego. Franco oczywiście o tym nie wiedział. Maura z kolei, niezainteresowana piłką nożną, nie miała pojęcia, że przed sobą ma jednego z największych talentów włoskiego futbolu. Sytuację szybko wyczuł masażysta Milanu, Paolo Marionti – człowiek, który nadał Baresiemu słynny przydomek "Piscinin" ("Maluch"). Zwrócił się do dziewczyny z uśmiechem: "Proszę najpierw obsłużyć jego. To kapitan". Napięcie natychmiast opadło. Pojawiły się pierwsze uśmiechy. Tak rozpoczęła się wielka historia miłosna. Rok później Franco i Maura pobrali się w miejscowości Laterina. Teoretycznie mogli zorganizować ślub nawet w Milanello. Wszystko dlatego, że prezes Giussy Farina, nieustannie zmagający się z problemami finansowymi klubu, postanowił wynajmować ośrodek treningowy na wesela i prywatne przyjęcia. Był to dość osobliwy sposób na podreperowanie klubowego budżetu. Na terenie Milanello pojawiły się szafy grające oraz automaty z napojami i kawą. W soboty piłkarze przyjeżdżali na ostatni trening przed meczem i zgrupowanie, po czym odkrywali, że ośrodek jest pełen nowożeńców, ich rodzin i gości weselnych. Co więcej, często proszono zawodników, aby pozowali do pamiątkowych zdjęć ślubnych. Były to sceny wręcz surrealistyczne. Na boiskach trwały treningi, a z restauracji i sali kominkowej dobiegały odgłosy weselnej zabawy oraz okrzyki: "Niech żyją nowożeńcy!"

Najgorsze już minęło
Blissett – zagadka, Hateley – bohater derbów

Po powrocie do Serie A można było powiedzieć, że najgorsze zostało już za klubem. Jeszcze przed rewolucją Silvio Berlusconiego i Arrigo Sacchiego Milan rozegrał trzy dość anonimowe sezony – od 1983 do 1986 roku. Była to jednak anonimowość w pozytywnym znaczeniu: spokojne lata odbudowy i stabilizacji. Był to okres transferów trafionych i nietrafionych. Udało się sprowadzić Erica Geretsa, belgijskiego prawego obrońcę z bogatym doświadczeniem. Nie sprawdził się natomiast Luther Blissett – tajemniczy napastnik, który z taką regularnością marnował sytuacje bramkowe, że przy nim Egidio Calloni wydawał się... Gigi Rivą. W 1984 roku do Milanu wrócił Nils Liedholm, świeżo po wielkich sukcesach z Romą. Jego powrót uspokoił atmosferę wokół klubu. "Baron" był dla kibiców niczym buddyjski mędrzec – łagodził napięcia, rozwiązywał problemy i wnosił spokój. Gdy prowadził Milan, fani czuli się bezpiecznie. Długa noc zaczęła się kończyć 28 października 1984 roku. Tego dnia Mark Hateley, angielski napastnik i następca Joe Jordana, wyskoczył wyżej od Fulvia Collovatiego i po dośrodkowaniu Pietro Virdisa pokonał głową Waltera Zengę. Milan wygrał ligowe derby z Interem. Był to sygnał, że nadchodzą nowe czasy, choć na prawdziwy przełom trzeba było jeszcze chwilę poczekać.

Silvio Berlusconi już wcześniej wysyłał kibicom wyraźne sygnały. Jako organizator Mundialito – turnieju rozgrywanego latem na San Siro z myślą o jego stacjach telewizyjnych – ubrał w czerwono-czarne barwy samego Johana Cruyffa, który wprawdzie zbliżał się do końca kariery, ale wciąż pozostawał piłkarzem wyjątkowym. Był to symboliczny przekaz do kibiców Milanu: "Miejcie cierpliwość. Prędzej czy później ten koszmar się skończy". Tymczasem Giussy Farina był już u kresu swoich możliwości. Na pożegnanie przeprowadził jeszcze jeden desperacki transfer, sprowadzając swojego ulubieńca Paolo Rossiego. "Pablito" miał jednak kolana zniszczone przez lata gry i nie był już tym samym piłkarzem. Mimo to zdobył dwa gole w derbach Mediolanu, a to wystarczyło, by kibice wspominali go z sympatią. Przeznaczenie wypełniło się 20 lutego 1986 roku. Tego dnia Silvio Berlusconi ogłosił, że za pośrednictwem FinInvestu kupił Milan. Pierwszy sezon nowej ery (1986/1987) nie był jeszcze wyjątkowy. Liedholm został zwolniony, ponieważ nie uznawał trenerskich ambicji Berlusconiego, który zdobył licencję szkoleniową, prowadząc drużynę swojej firmy budowlanej Edilnord. Milan wywalczył awans do Pucharu UEFA dopiero po barażu z Sampdorią. Żaden kibic nie wybrzydzał. Ci, którzy pamiętali Tarent i Cavese, nie mieli wygórowanych oczekiwań. Wręcz przeciwnie – cieszyli się z każdego sukcesu. Później przyszło już wszystko: piękna gra i wielkie triumfy, warkoczyki Ruuda Gullita, elegancja Marco van Bastena, trofea i lata chwały. Franco Baresi odebrał losowi z nawiązką to, co wcześniej mu zabrał. Został kapitanem "Nieśmiertelnych" Arrigo Sacchiego i "Niezwyciężonych" Fabio Capello. Na zdjęciach z pucharami zawsze miał jednak ten sam charakterystyczny, lekko krzywy, powściągliwy uśmiech. Nigdy przesadnie szeroki. Twarz człowieka, który naprawdę przeszedł z Diabłem przez piekło.

"O Kapitanie! Mój Kapitanie!
Straszliwa podróż dobiegła końca.
Nasz okręt przetrwał wszystkie burze,
zdobyliśmy upragnioną nagrodę..."

Tak właśnie dalej brzmi wiersz Walta Whitmana cytowany w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Trudno o lepsze podsumowanie historii Franco Baresiego i kibiców Milanu, którzy razem ze swoim kapitanem przeszli przez pustynię, zanim znów dotarli na szczyt.

Autorem artykułu jest Sebastiano Vernazza (został opublikowany na łamach La Gazzetta dello Sport)


#

10 komentarzy
Musisz być zalogowany, aby komentować
biedrus
biedrus
4 sierpnia 2026, 10:38
"kto wstydzi się Pucharu Mitropa, ten nie jest prawdziwym kibicem Milanu. Bo kiedy naprawdę kocha się klub, jest się z nim zawsze – zarówno w chwilach chwały, jak i w czasach upadku. Łatwo zachwycać się triumfem w Lidze Mistrzów. Znacznie trudniej potrafić cieszyć się z wygranej w Pucharze Mitropa"
Dzisiaj dla wielu tutaj Puchar czy też Superpuchar Włoch to "Puchar Biedronki". Liczy się 4 miejsce w lidze i udział w LM (nie triumf - udział).
1
boguc69
boguc69
4 sierpnia 2026, 12:00
nie ogarniam takiego podejścia - skoro nie chce się wygrywać wszystkiego zawsze i wszędzie to po co w ogóle wychodzić na boisko???

imponuje mi podejście Barcy i Realu - tam naprawdę walczą o każde możliwe trofeum, choćby i superpuchar, bo jak wygrają je oni to nie wygra go największy rywal
1
Trefniś
Trefniś
4 sierpnia 2026, 08:56
Musi umrzeć ktoś wybitny, żeby LGDS publikowało jakościowe teksty? :(((
1
DarQ
DarQ
4 sierpnia 2026, 12:32
Musiał umrzeć ktoś wybitny by forum zrozumiało , że Maldini to nie AC Milan.
AC Milan to AC Milan.
A Franco w niczym nie ustępuje Paolo.

Nie umiejszajmy też innych przesadnie gloryfikując Maldiniego.
Czy czasami Baresiego.

Równowaga i wyczucie niech będzie z namiiiii wszyyyyystkimiiiiii!!!!!!
0
Maldini1984
Maldini1984
4 sierpnia 2026, 06:07
On i Paolo to Milan.
1
DarQ
DarQ
4 sierpnia 2026, 12:25
Racja.
A nie tylko Maldni, Maldini, Maldini,...
Paolo to, Paolo tamto.
0
boguc69
boguc69
4 sierpnia 2026, 18:28
Darek, Darek, Darek, Darek... każdy szanujący się kibic Milanu "starej daty" uwielbia i jednego, i drugiego. i nawet nie trzeba o tym "pisać" na głos

a jak czytam, że naszą legendą się stao Leao to mnie... domyśl się
0
Masa
Masa
3 sierpnia 2026, 23:49
Fajnie było poczytać do poduszki ;-)
Dobranoc, oby jutro nadeszły nowe wieści na temat zainteresowania ze strony Tureckich klubów, niech ta saga trwa w najlepsze ;-)
1
Milanboy
Milanboy
3 sierpnia 2026, 23:00
Baresi to najważniejszy piłkarz wraz z rodziną Maldinich w tej drużynie.
3
boguc69
boguc69
3 sierpnia 2026, 22:12
świetnie się czyta takie teksty :)
1

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się