Osiem – tyle wynosiła liczba nieobecnych zawodników, na których brak narzekał Amorim przed meczem z Bologną. Siedem – tyle punktów dzieli Milan od Interu (i Lazio) na kilka dni przed derbami. Cztery – tyle goli Rossoneri stracili w wieczorze rodem z koszmaru, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że w trzech wcześniejszych meczach ligowych na San Siro stracili zaledwie dwie bramki (a wszystkie te spotkania wygrali). Tym samym zakończyła się ligowa seria meczów bez porażki Milanu pod wodzą Amorima, który już dwukrotnie musiał przełknąć gorycz porażki w pierwszych trzech kolejkach Ligi Europy (u siebie z Benfiką i w Anglii z Bournemouth). Porażka 2:4 jest dotkliwa, ale zasłużona. Milan, osłabiony licznymi absencjami, nie potrafił po przerwie utrzymać prowadzenia 2:1, które pozwoliło mu jednak wrócić do gry po fatalnym początku spotkania. Wszystko zaczęło się od koszmarnego błędu Musaha, ale Rossoneri zdołali odrobić straty dzięki skuteczności Cisse pod bramką, elektryzującym akcjom Hutchinsona i ofensywnemu zaangażowaniu Tomoriego. Być może właśnie zejście Anglika, który z niepewnego środkowego obrońcy przeobraził się w solidnego w defensywie i aktywnego w ofensywie prawego obrońcę, stanowiło punkt zwrotny meczu. Wprowadzony za niego Modrić nie zdołał tym razem odmienić gry. Musah przesunął się na skrzydło, a Chorwat miał współpracować z Jasharim w samym sercu środka pola, jednak ten manewr nie przyniósł oczekiwanego efektu. Co więcej, piłkarz z numerem 14 stracił również niezwykle niebezpieczną piłkę, po której padł gol na 2:3, rzucający Diabła na kolana.
Wciąż wiele można zarzucić Gonçalo Ramosowi. Portugalski napastnik z numerem 9 po raz kolejny zawiódł – praktycznie nie oddał żadnego strzału na bramkę, a środkowi obrońcy Bologny skutecznie trzymali go w ryzach przez całe spotkanie. Również jego udział w konstruowaniu akcji okazał się niewystarczający. Zbyt wiele piłek oddanych rywalom, nieśmiałe próby rozegrania i nieporadne zagrania – tak wyglądał jego występ. Tym razem Amorim postanowił sięgnąć również po kartę w postaci Camardy, który do tej pory rozegrał w lidze zaledwie dziewięć minut. Młody napastnik spędził na boisku około pół godziny, ale nie pokazał zbyt wiele. Zmarnował jedną znakomitą okazję, nieznacznie pudłując głową po perfekcyjnym dośrodkowaniu Cisse, a następnie stracił piłkę w środku pola, rozpoczynając tym samym akcję, która zakończyła się ustaleniem wyniku na 2:4. Warto podkreślić, że w drugiej połowie, jeszcze przed wyrównującym golem Bologny, przy którym pechowo interweniował Bartesaghi po rzucie wolnym Mirandy – to właśnie goście stworzyli jedyne dwie groźne sytuacje. Były to wyraźne sygnały ostrzegawcze, na które najwyraźniej nikt nie zareagował.
Do soboty w Milanello trwało będzie podliczanie zawodników, którzy będą dostępni, oraz tych, których zabraknie. Derby zostaną rozegrane w roli gospodarza, co stwarza idealną okazję, by zrehabilitować się za bolesną wpadkę – zarówno pod względem wyniku, jak i postawy drużyny. A także spróbować odrobić część strat do rywali i zmniejszyć tę siedmiopunktową różnicę, która tak bardzo boli serca kibiców Rossonerich.

Ależ oczywiście, zgadzam się w pełni
Chodzi mi o to, że od 1 minuty nie mogliśmy za bardzo nic mocniejszego na boisko wypuścić
Jak my wrzucamy piłkę w pole karne to zawsze leci prosto na łeb przeciwnika. A jak oni wrzucają to zawsze jest delirka bo piłka mija naszych zawodników jak narciarz chorągiewki.
Nie ma znaczenia jaka mamy forme derby to derby rzadza sie swoimi prawami