AC MILAN – TORINO FC 3:2!
Milan przygasł. Właśnie w najlepszym momencie, kiedy należało wzbić się do lotu, zaryzykować i rzucić się na decydujące mecze w walce o scudetto, które na początku sezonu wydawało się utopią, wszystko się rozpadło. I to nie tylko pod względem wyników. Regres widać przede wszystkim w pasywnej postawie, w niskiej intensywności, z jaką drużyna podchodziła do spotkań, w których było bardzo niewiele do stracenia, a bardzo dużo do zyskania. Stało się tak w meczu Milan – Como na San Siro, gdy Rossoneri musieli zareagować na kluczowe zwycięstwo Interu nad Juventusem; potem w Milan – Parma, a także w Rzymie, przeciwko Lazio, kiedy pojawiła się niepowtarzalna okazja, by zbliżyć się na 5 punktów do Interu. I wreszcie wczoraj wieczorem w Neapolu (przegrana 0:1).
To wszystko były kluczowe mecze, do których Milan najwyraźniej nie podchodził w ten sposób. Zaniepokojony, spięty, zbyt zachowawczy. Ciągłe szukanie jednego momentu, który ustawi mecz przy minimalnym ryzyku, na dłuższą metę jest ograniczeniem: oznacza poleganie na przypadku i bardzo wąskich marginesach. I tutaj Allegri jest głównym twórcą tej niechęci do ryzyka w drużynie, która w tych spotkaniach nigdy nie sprawiała wrażenia, że chce sięgnąć po zwycięstwo z przekonaniem i autorytetem. Późne i często zachowawcze zmiany, niskie tempo, mało walki w pojedynkach. Jakby po meczu Inter – Juventus drużyna trochę odpuściła, przekonana, że marzenie o scudetto już przepadło.
Teraz (słusznie) Max nawołuje do spokoju i opanowania: Juventus jest tylko sześć punktów przed nimi, a cel w postaci awansu do Ligi Mistrzów nie może zostać zmarnowany. Niepokojące skojarzenia przywodzi sezon 2020/2021, ten powrót do Ligi Mistrzów z Piolim, kiedy Milan (walczący o scudetto aż do rewanżowego derbów) zaliczył pod koniec sezonu gwałtowny spadek formy, który omal nie kosztował go kwalifikacji w ostatniej kolejce w Bergamo. Warto spojrzeć na sytuację realistycznie i przypomnieć sobie, skąd startowano: z ósmego miejsca, z rozbitym środowiskiem i drużyną po sezonie na granicy absurdu. Milan, rzecz jasna, nie sprostał swoim ambicjom: po rundzie jesiennej na wysokim poziomie iluzja walki o tytuł rozbiła się o mur technicznej niewystarczalności, braków kadrowych, zachowawczości w tożsamości gry i pewnej bojaźliwości. Krótko mówiąc: ta drużyna nie jest jeszcze gotowa. Niepokoi jednak spadek w statystykach na siedem kolejek przed końcem, przy wciąż niewywalczonej na boisku kwalifikacji: trzy porażki w ostatnich sześciu meczach; zaledwie 15 goli w 12 spotkaniach rundy rewanżowej, przy czym Nkunku, Rabiot, Loftus, Leão i Pavlović są najlepszymi strzelcami z marnym dorobkiem dwóch bramek każdy, oraz tylko 21 punktów w rundzie rewanżowej, co dawałoby Milanowi piąte miejsce w tabeli. To już nie tyle spadek formy, co powolna regresja obejmująca wszystkie aspekty tożsamości drużyny: solidność defensywną, produkcję ofensywną, tempo gry oraz dyspozycję fizyczną, która rzadko pozwala drużynie błyszczeć, mimo że gra tylko jeden mecz w tygodniu.
To właśnie ten aspekt najbardziej niepokoi w perspektywie przyszłości: regres na boisku. Wyraźnie da się wyczuć nastroje przebijające między rozczarowanymi słowami wielu kibiców Milanu – prawdopodobny awans do Ligi Mistrzów może dziś zaspokoić apetyt, ale z jaką perspektywą na jutro? Jeśli latem nie zostanie wykonany zdecydowany krok naprzód, od Allegriego na boisku, przez działania klubu na rynku transferowym, to dzisiejsze nasycenie może szybko przerodzić się w długotrwały głód. Nie chodzi tu o katastrofizm ani brak realizmu. To prawda: awans do kolejnej edycji Ligi Mistrzów oznaczałby osiągnięcie celu wyznaczonego na początku sezonu. Ale żeby jutro, w trakcie następnego sezonu, nie znaleźć się w samym środku burzy, trzeba zacząć martwić się już dziś, jasno i świadomie wskazując problemy, które zaczynają wychodzić na powierzchnię. Ta drużyna była efektywna, punktowała solidnie i była zbalansowana jak od lat nie bywała. Ale było to rozwiązanie "awaryjne", środek doraźny, tymczasowa kuracja, która może wystarczyć dziś, by zakwalifikować się do Ligi Mistrzów, lecz jutro nie będzie już możliwa do utrzymania, gdy sama Liga Mistrzów zmusi Milan do gry w meczach, w których unikanie ryzyka staje się zwykłym tchórzostwem, a rywale, dzięki tempu, technice i szybkości, niweczą każdą próbę gry na wyrachowanie.
Trzeba mieć tego pełną świadomość: konieczna będzie zmiana podejścia. Począwszy od klubu, który będzie musiał uczynić tę drużynę silniejszą, bardziej kompletną i lepiej zbalansowaną pod względem doboru zawodników: żadnych dubli, lecz piłkarze wybierani w oparciu o jasno określony system gry i tożsamość, które od początku muszą być klarowne.
Frustracja kibiców, którzy (jak to zwykle bywa po rozczarowaniach) reagują skrajnie (i jest to całkowicie naturalne), nie dotyczy wyników. Nikt nie oczekiwał, że ten Milan wygra scudetto. Niepokoi natomiast to, co drużyna pokazuje na boisku – mało porywająca gra oraz poczucie, że niewiele zostało zasiane na przyszłość. Milan na boisku jest całkowicie spójny, ale w ramach tożsamości, która nie ma przyszłości i którą od lata trzeba będzie zostawić za sobą. Nie ma rozwoju – wręcz przeciwnie, widać powolną regresję. Od początku sezonu mówi się o znakomitych wynikach w meczach z czołówką i rzeczywiście średnia punktów jest bardzo wysoka. Jednak szczególnie na wyjazdach Milan niemal zawsze tworzył mniej niż rywale, a jeśli wygrywał, to dzięki genialnym zagranom pojedynczych zawodników i sprzyjającym okolicznościom.
W pierwszym derbach Inter wypracował 1,92 xG wobec 1,01 Milanu: to Mike Maignan bronił tam wszystko, co się dało. W Bergamo, przeciwko Atalancie Ivana Juricia, Rossoneri – mimo prowadzenia po rzucie rożnym – zostali zdominowani przez cały mecz: La Dea wygenerowała 1,34 xG przy zaledwie 0,36 Milanu. W Turynie, przeciwko Juventusowi, był to typowy włoski hit o niskim tempie i niewielkim ryzyku: tutaj Milan stworzył więcej niż Juve (1,74 xG do 1,13), ale na statystykę wpłynął rzut karny Pulisica. W Como Milan wygrał 3:1, lecz stworzył mniej i w pierwszej połowie utrzymał się w meczu dzięki cudownym interwencjom Maignana: Como miało 1,87 xG, Milan 1,28. W Rzymie, przeciwko Giallorossim, w kolejnym spotkaniu, w którym – szczególnie w pierwszej połowie – Milan był mocno naciskany, różnica była przytłaczająca: 2,72 xG dla Romy i tylko 0,45 dla Milanu. Wreszcie wczoraj w Neapolu: niewiele okazji, ale nieco lepsi byli gospodarze – 0,80 xG dla Napoli i 0,60 dla Milanu.
Podsumowując: to prawda, że drużyna Allegriego zdobyła w tych meczach sporo punktów, ale zawdzięcza to umiejętności wykorzystywania pojedynczych sytuacji o bardzo niewielkich marginesach błędu. To oczywiście zaleta, ale trudna do utrzymania w dłuższej perspektywie. Znacznie rzadziej natomiast Rossoneri byli po prostu lepsi od rywala na boisku.
Powiedzmy sobie jasno: teraz trzeba się zjednoczyć, zacisnąć zęby i myśleć wyłącznie o kwalifikacji do kolejnej Ligi Mistrzów. To nie jest moment na załamywanie się i rozpaczanie po scudetto, które nigdy nie było naprawdę blisko. Ale jednocześnie trzeba dojść do świadomości, że choć podejście zastosowane w tym sezonie było skuteczne, to trudno mu wróżyć przyszłość. Cieszmy się więc ostatnimi owocami trwającego sezonu, wywalczmy zasłużony awans, a potem (od lata) wszyscy muszą być gotowi zrobić krok naprzód i zmienić podejście. W przeciwnym razie dzisiejszemu sytości będzie towarzyszył jutrzejszy post.
Ogląda ktoś Real vs Bayern? Jakieś porównanie co do wczorajszego Napoli vs Milan? :)
Przepaść...
Jakie szczęście, że już zajutrz można obejrzeć futbol w takim wydaniu.
Pomyśleć, że kiedyś graliśmy takie mecze na takim poziomie...
Jak nie walczymy o najwyższe cele to chociaż grajmy ładnie.
oczywiście ale bądźmy wizjonerami i ryzykujmy tak byli wybierani najlepsi trenerzy Milanu a po za tym i tak z Allegrim daleko w Lm nie zajdziemy więc po co w niej grać? pewnie po kasę ale co gdyby kibiców zaczynało brakować na takie widowiska
Ponieważ Allegri wciąż żyje dawną przeszłością.
Jeśli Max przez te ostatnie kilka lat nie rozwinął swojej myśli szkoleniowej (a nie rozwinał), to zwyczajnie stoi w miejscu co najmniej od dekady.
Allegri nie rozwija zawodników, trzyma ich w utartych schematach, zaraża swoim minimalizmem i pozoranctwem. Zaryzykuję, że zaraża ich swoją bojaźliwością. Nie bez przyczyny został pogoniony z Juventusu, i dzisiaj w dalszym stopniu większość Juventini nie chce go widzieć na ławce trenerskiej z powrotem. Allegri buduje swoja pozycję na mityczności. Oraz wygranych trofeach. Problemem jest fakt, że piłka przez ten czas ewoluowała. Stała się szybsza, gra odważniejsza, a ci mniejsi przeciwnicy bezczelnie chcą wygrywać.
Filozofia drogi Milanu Cardinale i Furlaniego też nie idzie równolegle z drogą i filozofią Maxa. Ci pierwsi chcą budować drużynę w większości na młodych i względnie niedrogich zawodnikach, wrzucając do ekipy sporadycznie jednego, dwóch seniorów z dorobkiem. Allegri buduje swoją drużynę wręcz na odwrót.
Piłkarze dla niego mają już grać swoją wytrenowaną przez lata i doświadczenie piłkę. On nie będzie budował młodego od podstaw. On jest od zarządzania drużyną i zbieraniem punktów. Młodzi niech sobie podpatrują - chyba, że zdarzy się jakas plaga kontuzji, to musi sięgnąc po Savonę, Ilinga-Juniora czy Mbangulę. Ale to też pewnie za namowa Zarządu.
I tutaj jest pies pogrzebany. Furlani i Cardinale po fatalnym, poprzednim sezonie (8 miejsce, brak pucharów), sięgają mimowolnie dla uspokojenia milanowskiego środowiska po weterana ligowych boisk, pucharów i dawną ikonę ACM w jednym. Dodatkowo Max wciąż był wolnym trenerem do wzięcia. Wydawałoby się - układ jeśli nie idealny, to na tamten moment bardzo dobry.
Dziś mogę śmiało powiedzieć, że Max jest lepszy od Portugalczyków, jeśli chodzi o całokształt, ale nie jest lepszy od Piolego. Ta sama piłka, ten sam schemat. Piolego, którego ciągnęła drużyna, a powinno być na odwrót.
Czy w tym przypadku drużyna ciagnie Allegriego? Bo gdyby Maxowi zabrać nazwisko i dokonania, to mam wrazenie, że to drużyna ciągnie trenera za uszy. Już nie wspominając, że u Maxa nie rozwinął się w pełni żaden napastnik. A prowadził takiego Ronaldo, Higuaina, czy Vlahovicia.
Więc powtórzę, że ja tutaj nie widzę przyszłości, nawet ze wzmocnieniami, bo te wzmocnienia będa drenowały Puchary, których dzisiaj nie mamy, a czuję jakbyśmy grali w tych Pucharach każdego tygodnia.
Sęk w tym, że na horyzoncie nie ma odpowiedniej kandydatury, która umiałaby zbalansować określoną grupę piłkarzy zarówno pod względem wieku, doświadczenia, ale też formacji i postawienia na swoim względem Zarządu. Bo znając Furlaniego to nie zdziwiłbym się, gdyby zakontraktował Mottę, czy innego Tudora.
kiedyś poruszałem temat Filipa Luisa niedoświadczony w Serii a ale bardzo dobry trener robiący cuda z Flamengo (zanim go zwolnili) możemy też rozważać np. rynek PL bo wątpię by ktoś przy zdrowych zmysłach trzymał dalej Artete w Arsenalu jakby przegrał kolejny raz każdy możliwy puchar (zmiana otoczenia zdecydowanie by mu pomogła chociaż wolałbym nie Milan).
Zresztą wyjątkowo w tym sezonie mamy w miarę jakościowy skład patrząc na to co było wcześniej i jeśli Milan w lato dokona transferów stawiając na jakość a nie ilość to idziemy ku dobremu tylko co z tego jeśli wykorzystujemy tylko potencjał pomocników i obrońców ale no cóż przecież Max mówił że wymaga bramek od pomocników i dlatego pod jego kierownictwem mało kto się rozwija (sądzę że jednak obrońcy tacy jak De Winter czy Pavlović się rozwinęli) trochę to wygląda jakby Max nie miał pomysłu na napastników i najchętniej by grał bez nich gdyby nie musiał strzelać bramek co widać było po początkowej formie Nkuku który był istnie niewidoczny na boisku albo teraz Fullkrug bo Rafa i Puli strzelali na indywidualnych przebłyskach i chyba najlepiej z nich wyglądał Gimenez który był widoczny. odnajdywał się w grze ale nie strzelał i miał kontuzje.
Fajerwerków na boisku i tak nie będzie. Trzeba się z tym liczyć zatrudniając Maxa.