Francesco Camarda 2031!
"Massimo, brakuje nam bramkarza, co powiesz na to, żebyś ty spróbował?". Tak zaczyna się historia Massimo Taibiego między słupkami, od nagłej nieobecności podstawowego bramkarza. "Grałem w ataku i nawet strzelałem gole, a bronić zacząłem przez przypadek". Ta droga zaprowadziła go potem do Milanu, następnie do Manchesteru United, aż po długą wędrówkę po Serie A, głównie w mniejszych klubach. Piacenza, Venezia, Atalanta i tak dalej. Dziś ma 56 lat, jest dyrektorem sportowym w Pistoiese (Serie D) i nadal czerpie z tego radość. "Żyję piłką i jestem szczęśliwy, staram się przekazywać swoje doświadczenie młodym".
Taibi, zacznijmy od początku. Mówiliśmy, że do bramki trafiłeś przypadkiem...
"Grałem w drużynie młodzików w Palermo, w juniorach napastnikiem był Schillaci. Ja też grałem z przodu. Strzelałem gole i dobrze się bawiłem. Pewnego dnia zapytali mnie: 'Brakuje bramkarza, spróbujesz?'. Nie byłem przekonany, ale spróbowałem. I od tamtej pory już z bramki nie wyszedłem".
Jako bramkarz trafiłeś do Trento w Serie C, jednocześnie odbywając służbę wojskową.
"Tak, jeździłem tam i z powrotem między boiskiem a koszarami. To doświadczenie mnie ukształtowało: nauczyłem się wiele, zwłaszcza o poświęceniu i znaczeniu pracy".
Potem znalazłeś się w Milanie.
"Co za emocje! Pamiętam pierwszy dzień: wszedłem do stołówki, a tam był tylko Gullit, który pił kawę. Przedstawiliśmy się, wcześniej widziałem go tylko na naklejkach".
A Marco van Basten?
"Marco był jak gazela. Często zostawałem z nim po treningach, żeby razem strzelać. Miał niesamowitą elegancję we wszystkim, co robił".
Jakaś anegdota z tamtego Milanu?
"Kiedyś doszło do sprzeczki między Ziege a Costacurtą. Niemiec zarzucał 'weteranom', że za mało integrują się poza boiskiem. Billy odpowiedział: 'Dopóki jesteśmy w szatni, jesteś moim bratem, ale to ja wybieram, z kim idę na kolację'. Wtedy wydało mi się to dziwne, ale z czasem przyznałem mu rację. Nie trzeba być najlepszymi przyjaciółmi, żeby dobrze funkcjonować na boisku. A Capello – nie znaleźliśmy wspólnego języka. Przyznaję jednak, że to też moja wina, pewnie nie byłem jeszcze na tym poziomie. Czułem się trochę niewidzialny w jego oczach".
Jacyś inni trenerzy, z którymi nie było chemii?
"Powiedziałbym Spalletti i Zaccheroni. Świetni trenerzy, ale nie zaiskrzyło – to się zdarza. Za to świetnie dogadywałem się z Sacchim. Arrigo był perfekcjonistą i bardzo dbał o grę obronną. Poza tym był wspaniałym człowiekiem".
Miałeś też Sir Alexa Fergusona. Jak to jest być przez niego trenowanym?
"Niesamowite doświadczenie. Był rok 1999, trafiłem do Manchesteru jako półanonimowy zawodnik: początkowo chcieli kupić Toldo, a ostatecznie wzięli mnie z Venezii. Sir Alex przyjechał po mnie na lotnisko i przedstawił całemu zarządowi. Była 20:00, to nie był oczywisty gest. Mieliśmy dobre relacje, choć w przerwie meczu Chelsea – Manchester United 5:0 rzucił mi takie spojrzenie, że do dziś je pamiętam...".
Opowiesz coś więcej o tym?
"Popełniłem błąd i straciłem gola. W przerwie wywrócił szatnię do góry nogami. Kiedy się złościł, ściany drżały. Oberwało się wszystkim, także mnie. Spojrzał na mnie i powiedział: 'Massimo, ta interwencja...'. Mimo to chciał mnie zatrzymać, ale to ja zdecydowałem się odejść. Miałem problem rodzinny we Włoszech i chciałem go szybko rozwiązać".
To największy żal?
"Tak, miałem czteroletni kontrakt. W meczu z Liverpoolem byłem najlepszy na boisku, a potem popełniłem ten błąd. Ferguson radził mi nauczyć się języka i zostać, żeby walczyć o swoje. Popełniłem błąd, działając zbyt impulsywnie".
Zostańmy przy tej drużynie. Byli tam Beckham, Giggs i wielu innych mistrzów.
"Giggs siedział obok mnie w szatni. Z Beckhamem często zostawaliśmy po treningach. Zaskakiwał mnie sposobem uderzania piłki, ale przede wszystkim swoim podejściem. Z zewnątrz wygląda jak postać z tabloidów, a w rzeczywistości był pierwszy na treningu i ostatni, który z niego wychodził. Miał nie tylko talent, ale też ogromne zaangażowanie".
W Milanie poznałeś też prezydenta Silvio Berlusconiego.
"W 1997 roku, gdy wróciłem z Piacenzy, chciał poznać wszystkich nowych zawodników. Gdy przyszła moja kolej, przytulił mnie i powiedział: 'Witaj z powrotem w domu'. Myślałem, że nawet nie wie, kim jestem. A jednak był świetnie poinformowany".
A skoro o prezesach mowa – w Venezii spotkałeś Zampariniego.
"Szaleniec – w dobrym sensie. Człowiek wulkan. Ufał zbyt wielu osobom, wystarczyło, że ktoś coś mu powiedział, a on w to wierzył. Kiedyś pokłócił się z Novellino, który po remisie u siebie z Sampdorią kazał mu wyjść z szatni, bo krzyczał na drużynę. Prezes się wściekł i postanowił go zwolnić. Wtrąciłem się: ‘Jeśli go zwolnisz, odchodzę razem z nim’. Po dwóch godzinach zmienił zdanie. Wieczorem zadzwonił i powiedział, że trener zostaje. Ostatecznie się utrzymaliśmy, także dzięki świetnemu Recobie".
Na koniec dwa kultowe momenty: najpierw Twoje słynne długie spodnie.
"Zasłynąłem z czapki, luźnych koszulek i długich spodni. To był mój styl".
Drugi: gol głową.
"1 kwietnia 2001, Reggina – Udinese. Pobiegłem do przodu z desperacji i strzeliłem głową. A Franco Colomba nawet nie chciał, żebym wychodził z bramki. Wiele osób pamięta mnie dzięki temu golowi – lepiej za to niż za wpadki, prawda...".
