0:3... KOMPROMITACJA Z UDINESE!
Nigdy jak w tej edycji Ligi Mistrzów półfinały nie były tak wiernym odbiciem rzeczywistości, nowego europejskiego porządku. PSG – Bayern i Atlético – Arsenal. Drużyna francuska, niemiecka, hiszpańska i angielska. Liderzy Ligue 1, Bundesligi i Premier League. Brakuje tylko tego, kto rządzi w La Liga, bo Barcelona przegrała derby z drużyną Diego Simeone. Cztery topowe ligi, wśród których nie ma już Serie A. To prawda, że Premier League jest wyrównana, w Hiszpanii to w zasadzie walka dwóch drużyn, a w Niemczech i Francji panują żelazne dyktatury, podczas gdy we Włoszech nikt nie potrafi już wygrać dwóch mistrzostw z rzędu, ale panami Europy są już inni. Italia to raczej równowaga biedy. Kolejny tydzień spędzony przed telewizorem, wczoraj Bologna i Fiorentina były ostatnimi, które się pożegnały. Włochy są poza wszystkim, tak jak reprezentacja narodowa.
W latach 70. były okresy mroku, ale ciemność nie panowała tak długo. Jeśli Liga Mistrzów jest miarą potęgi, to od 2010 roku, od Interu Mourinho i jego potrójnej korony, jesteśmy poza centrum dowodzenia. Szesnaście lat: zdarzyło się to wcześniej tylko między 1969 (Milan) a 1985 (Juve), ale wtedy Serie A była już najpiękniejszą ligą świata. W ostatnich szesnastu latach tylko cztery finały (dwa Juventusu i dwa Interu) wszystkie przegrane. W Lidze Europy, dawnym Pucharze UEFA, jedno zwycięstwo między 1999 (Parma) a 2026 – Atalanta dwa lata temu – plus dwa przegrane finały Interu i Romy. Przygnębiający bilans, do którego należy dodać jedną Ligę Konferencji – Romy w 2022 – oraz dwa przegrane finały Fiorentiny. Czysty nihilizm w porównaniu z Hiszpanami, Anglikami i Niemcami.
Aż chce się zapytać, jak to możliwe, że Włochy zdobyły dodatkowe miejsce w Lidze Mistrzów 2024/2025 dzięki rankingowi: złudzenie nowego początku było tylko przypadkiem. W nowym formacie rozgrywek – wielkiej grupie, play-offach i "tenisowej" drabince – jest coraz mniej miejsca na taktyczne kalkulacje i zarządzanie meczem. Przechodzą dalej ci, którzy wygrywają, a raczej ci, którzy grają po to, by wygrać. To, co widzimy w fazie pucharowej Ligi Mistrzów, jest jednocześnie wspaniałe i smutne. Bayern – Real, wraz z kontrowersjami, przywraca nieco pierwotne, brutalne piękno futbolu: obsesyjne dążenie do gry do przodu i zdobycia gola, "bezbronne" obrony rozrywane podaniami. Może to futbol niedoskonały, daleki od modeli pełnych tablic taktycznych, "ataków przestrzeni" i "wahadłowych", od 0:0 jako idealnego wyniku – ale na który mecz kupiłbyś (już bardzo drogi) bilet?
Już dziesięć lat temu selekcjoner Prandelli ostrzegał przed niebezpieczną tendencją do "kochania się nawzajem", milczącym paktem, by zwalniać tempo i zadowalać się remisem. Z czasem ta tendencja przyniosła szkodliwe skutki, maskowana naśladowaniem stylu gry Guardioli Barcelony. Zapominając o genialnych wykonawcach, od Iniesty po Xaviego, oraz o tym, że Luis Enrique już prześcignął mistrza szybkością i głębią gry, czyniąc swój Barcę jeszcze piękniejszą.
Kibice mają już dość tej piłki krążącej poziomo między obrońcami. Jesteśmy pewni, że włoska liga ma najwyższy procent celnych podań, bo żadne nie są ryzykowne. Nawet kontratak u nas jest wyliczony: spójrzmy na Real Madryt pędzący na pełnej prędkości i uczmy się. Spójrzmy na fizyczny, agresywny futbol Bayernu z czterema napastnikami. Podziwiajmy totalny, bezpozycyjny futbol PSG. Gdy tylko poziom rywali rośnie, wpadamy w panikę. Boimy się atakować, jakbyśmy nie zrozumieli, że dziś, broniąc się tylko, już się nie wygrywa.
Arsenal przeciwko Interowi wydawał się prorokiem futbolu przyszłości, ale Leverkusen i Sporting sprowadziły go na ziemię. Można przegrać z Bayernem, ale nie tak jak Atalanta. Spośród wielkich drużyn Inter pokonał tylko Borussię, a potem odpadł z Bodø. Juventus i Napoli jeszcze gorzej, a Bianconeri przegrali z Galatasaray, które atakowało falami jak tsunami, choć miało słabości słabo wykorzystywane. Nie wspominając o Bolonii z Aston Villą wczoraj wieczorem. Nie było bezpośredniego starcia, w którym nie sprawialibyśmy wrażenia gorszych. Nie mamy ani jednego klubu w półfinałach trzech europejskich pucharów.
I nie ma już sensu się dziwić. W czterech z ostatnich sześciu edycji Ligi Mistrzów zatrzymaliśmy się na 1/8 finału. W poprzednich dziesięciu latach, poza dwoma finałami Juventusu, tylko półfinał Romy w 2018. Jeszcze gorzej wygląda to w perspektywie trzydziestu lat: od triumfu Juventusu w 1996 roku Milan wygrał dwa razy (2003 i 2007), a Inter raz (2010). Trzy Ligi Mistrzów w trzydzieści lat, plus trzy Ligi Europy, jeden Puchar Zdobywców Pucharów i jedna Liga Konferencji. Gdy się nad tym zastanowić – właściwie nic. Być może to był powolny zjazd do piekła i zorientowaliśmy się dopiero teraz, gdy jesteśmy już w ostatnim kręgu Dantego. Albo prawie...
tu jest kilka czynników, a nie to, że hurr durr włosi nie grają
Hiszpania - 3 drużyny i pseudo ligowe FFP które zabija resztę
Bundesliga w sumie mamy Bayern i zasadę 50+1 która dobija resztę by dogonić klub z Bawarii ;]
Francja - Liga ustawiona pod PSG nawet terminarz im robią pod nich. Jak chcą przełożyć mecz to im to robią vide przypadek z goniącymi ich Lens bo tak
Włochy - tu brak wszystkiego po za źle wydawaną kasą na transfery :) :)
To nie jest kompromitacja - to jest gwałt i największe upokorzenie włoskiej piłki w XXI w.
I to wszystko w tym samym roku, gdy niedoinwestowany i odsuwany na bok włoski sport osiągnął nieprawdopodobny, fenomenalny i historyczny wynik na Igrzyskach Olimpijskich. Mając do dyspozycji ułamek tego, co dostają kopacze świńskiego pęcherza. Czas odciąć WSZYSTKICH kopaczy, działaczy i kluby od koryta. A pieniądze przeznaczyć na prawdziwych sportowców.