Rozczarowanie na początek...
MILAN – BENFICA 0:2
Są miejsca, które poznaje się naprawdę dopiero wtedy, gdy się do nich wraca. Liczba schodków prowadzących do swojego miejsca, osoby, które przy każdym meczu znów znajdujesz obok siebie, dokładny punkt, w którym zmienia się kierunek wiatru. Kto chodzi na San Siro, nie musi o tym opowiadać – on po prostu to wie. Wie to ojciec, który po raz pierwszy przyprowadził tam swojego syna, wie to syn, który teraz przyprowadza własnego. Kolejne pokolenia przekazują sobie to spotkanie jak dziedzictwo: z widokiem z tego samego miejsca na trybunach, dźwiękiem przyśpiewek rozbrzmiewających z trybun i od zawsze obecnymi czerwono-czarnymi barwami.
To Milan, za prezydentury Piero Pirellego, chciał i zbudował stadion w 1926 roku, i to właśnie Milan jako pierwszy nazwał go swoim domem. Od tamtej pory kolejne pokolenia kibiców Milanu wypełniały jego trybuny i odmierzały swoje życie kolejnymi wydarzeniami rozgrywającymi się na stadionie. Są wieczory, w których ten rytuał staje się wspólnym wspomnieniem – jak 19 kwietnia 1989 roku, kiedy już przed stadionem czuło się niepowtarzalną atmosferę zwycięstwa. Około godziny 18:00 nadeszła potężna ulewa, potem pojawiła się tęcza, a wraz z nią triumf nad wielkim Realem Madryt. Na boisku pierwszoplanowe role odegrali Ancelotti, Rijkaard, Gullit, van Basten i Donadoni. Ci, którzy byli wtedy na trybunach podczas dominującej nocy zakończonej wynikiem 5:0, pamiętają żółte peleryny rozdawane jeszcze przed rozpoczęciem meczu – drobny szczegół, który stał się ikoną i trafił do zbiorowej pamięci, którą wszyscy do dziś przechowują w ten sam sposób.
To już od czasów "Narzeczonych" Alessandro Manzoniego Mediolan oddycha atmosferą zbawiennego deszczu i odnalezionego na nowo szczęścia. Jego stadion i jego drużyna nie mogły zrobić inaczej. Był 2 maja 2007 roku – "mecz idealny" w półfinale Ligi Mistrzów przeciwko Manchesterowi United Cristiano Ronaldo. W strugach deszczu, który padał przez cały dzień i cały wieczór, Milan ostatecznie zostawił za sobą lato 2006 roku. Peleryn było już zdecydowanie mniej, dzięki zadaszeniu trzeciego pierścienia trybun, które w międzyczasie powstało, ale istota pozostała ta sama: absolutna dominacja Rossonerich, zwycięstwo 3:0 po golach Kaki, Seedorfa i Gilardino oraz awans do finału w Atenach – miasta, które miało po raz drugi stać się przedłużeniem San Siro, od magii Dejana Savićevicia po intuicję Filippo Inzaghiego.
San Siro zawsze mówi prawdę i niczego nie zapomina. Głosem tych, którzy przeżywają jego historię z trybun, szepcze niczym wielkie rzeki historii. Jak wtedy, gdy baron Nils Liedholm, współtwórca wraz z Nordahlem i Grenem mistrzowskich tytułów z lat 50., popełnił błąd przy podaniu, a wszyscy kibice nagrodzili go oklaskami. To właśnie na naszym stadionie w 1967 roku narodziła się we Włoszech telewizyjna analiza powtórek – po bramce, której być może nie było, w derbach. To tutaj kibice Rossonerich pojawiali się na meczach z Diego Armando Maradoną, zaplatając sobie warkoczyki à la Ruud Gullit. A skoro mowa o mistrzach – nikt nie zapomniał tego wspaniałego gola Roberto Baggio, po podaniu "Geniusza", zdobytego pod trybuną Sud przeciwko Parmie w 1996 roku. Ani biegu Rino Gattuso tuż po końcowym gwizdku rewanżowego EuroDerby w Lidze Mistrzów w 2003 roku. Ani słów Zlatana: "Przyszedłem tutaj, żeby wygrywać" – wystarczyło mu kilka słów do mikrofonu, by w 2010 roku zelektryzować kibiców Milanu.
San Siro – stadion, który na zawsze zapisał się w pamięci dzięki nagraniu, na którym Franco Baresi przed meczem Milan – Venezia "czuwał" nad wszystkim. Potęga wielkiej duszy, wspomnienie, które nie ma końca. Znajoma sceneria, do której kolejne pokolenia milanistów wracały raz po raz, przynosząc ze sobą historie, gesty i emocje, a następnie przekazując je tym, którzy przyszli po nich. Zmieniają się pokolenia, mistrzowie, noce. Nie zmienia się to, co je ze sobą łączy: poczucie przynależności, które uczyniło to miejsce ikonicznym i które Milan będzie zabierał ze sobą w przyszłość. Sto lat później San Siro wciąż pozostaje miejscem tego spotkania.