ZWYCIĘSTWO NA 100-LECIE SAN SIRO!
Sergio Navarro nie pochodzi z Hiszpanii, pochodzi z innego świata. Na co dzień jest trenerem Milan Futuro, ale taktyka interesuje go niewiele. Tak niewiele, że czasami pozwala zawodnikom prowadzić odprawę taktyczną: to oni decydują, czy pressować, czekać, czy utrzymywać się przy piłce. On milczy i akceptuje każdą ich decyzję. W przeszłości wysyłał swoich podopiecznych na wolontariat do stowarzyszenia zajmującego się porzuconymi psami albo do pomocy osobom z porażeniem mózgowym, przekonany, że takie doświadczenia dają znacznie więcej niż trening. W Milanello z kolei przyniósł karty, szachy i grę "4 w rzędzie", ponieważ uważa, że aby dobrze współpracować na boisku, trzeba najpierw spędzać ze sobą czas poza nim. Można go lubić albo nie, ale bez wątpienia jest człowiekiem innym niż wszyscy.
Zacznijmy od początku. Był pan pierwszym trenerem Karpat Lwów i Debreczyna, metodologiem w Villarrealu, odpowiadał pan także za szkolenie młodzieży w Bilbao. Jak i kiedy Milan pojawił się w pana życiu?
"Wiosną zadzwonił do mnie Kirovski i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie znaliśmy się, ale mówił rzeczy, które sam powtarzam. Zamiast rozmawiać ze mną o zwycięstwach i pieniądzach, jak robią to wszyscy, powiedział: »Potrzebuję wrażliwego trenera«. Nie prestiż Milanu mnie przekonał, ale właśnie jego wrażliwość".
Jakie były najważniejsze etapy pana rozwoju?
"Piłka nożna od zawsze była moją obsesją. Jako dziecko wybijałem piłką szyby w drzwiach i oknach, a rodzice mówili mi: »Sergio, proszę, już wystarczy«. Jako piłkarz wytrzymałem jednak tylko do 26. roku życia i cały czas grałem w niższych ligach. Byłem pomocnikiem, miałem niezłą technikę, ale uważałem, że moi trenerzy mi nie pomagają. Wszystko robiłem sam. Stąd decyzja, żeby studiować i przygotować się do pracy z młodzieżą. Ukończyłem pedagogikę i przygotowanie fizyczne, a następnie zrobiłem kurs organizowany przez Barcelonę. Zaprzyjaźniłem się z Juanem Lillo, trenerem z zupełnie innego poziomu".
Wszyscy mówią, że trenuje pan inaczej niż inni. Jaki jest cel takiego podejścia?
"Chodzi o to, żeby zawodnik wziął na siebie odpowiedzialność, ponieważ na boisku musi sam podejmować decyzje. Mówi o tym nauka, nie ja: jeśli czujesz się protagonistą, twój poziom rośnie. Podczas pierwszego treningu rok temu w Debreczynie, w węgierskiej ekstraklasie, jeden z zawodników zapytał mnie: »Jak gramy?«. A ja odpowiedziałem: »Nie wiem«. Patrzyli na mnie bardzo dziwnie. W Hiszpanii i na Węgrzech niektórzy mówili, że ze mną nic się nie robi, ponieważ wszystko pozwalam robić zawodnikom, ale to moja strategia. I tutaj w Milanie wszyscy to zrozumieli".
Przykład decyzji podjętej przez drużynę?
"Kiedy graliśmy z Evertonem, poprosiłem kilku zawodników, żeby zdecydowali, jak będziemy atakować, innych o wybór sposobu bronienia, a jeszcze innych o ustalenie, co zrobimy przy stałych fragmentach gry. To oni podjęli decyzje".
A jeśli się pomylą?
"Nie mylą się, są lepsi ode mnie. Poza tym, jeśli ingeruję, żeby ich poprawić, przemawia przeze mnie moje ego. Ja natomiast ufam swoim zawodnikom. Uważam, że każdy chłopak, którego trenuję, może w przyszłości zostać podstawowym zawodnikiem Milanu. Wszyscy mają potencjał i przekonanie, że mogą to osiągnąć. Plazzotta i Pandolfi na przykład mają piłkę nożną w głowie, dostrzegają wcześniej od nas to, co dzieje się na boisku. Piłkarze mogą nie być oczytani, ale wszyscy mają ogromną inteligencję emocjonalną w kontekście gry, potrafią zrozumieć, co dzieje się podczas meczu. W przeciwnym razie nie byliby tutaj".
Jak układa pan relacje z zawodnikami?
"Obserwuję ich i robię notatki w swoim notesie, tak jak podczas meczu. Potem podchodzę do zawodnika i z nim rozmawiam. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odbyłem 100 indywidualnych rozmów. Interesuje mnie ich życie poza boiskiem: kto jest w związku, jakie mają hobby i pasje. To oni mówią mi, nad czym chcą pracować. Niektórym poleciłem książki".
Na przykład?
"»Wewnętrzna gra w tenisa« Gallweya. Albo »The Structure of the Life« Kagana. Teraz z kolei czytam książkę o Milanie Arrigo Sacchiego".
Odrodzenie Silvano Vosa, talentu sprowadzonego z Ajaxu w 2024 roku, który później się zagubił, jest pana zasługą.
"Dużo z nim rozmawiałem, ale nigdy o piłce. Tylko o życiu: o tym, co daje mu szczęście, a co go unieszczęśliwia. Otworzył się i zmienił swoje podejście. Zawsze jest punktualny, rozmawia ze wszystkimi i się uśmiecha. Kiedy zawodnik czuje się dobrze, widać jego talent".
Jakie ćwiczenia wykonujecie w ciągu tygodnia?
"Dzisiaj czterech na czterech, jutro jeden na jednego: cały czas coś się zmienia, tak jak w życiu. Podczas treningów nie odgwizduję fauli – zawodnicy potrafią sami siebie sędziować".
Trzy nowości, które pan wprowadził?
"Podczas gierek gol nie jest uznawany, jeśli wszyscy razem nie cieszą się z jego zdobycia. Chłopcy sami wybrali zasady zachowania, kary finansowe oraz czterech kapitanów: zagłosowali na Ossolę, Salę, Piermariniego i Mancioppiego. W holu Milanello umieściłem szachy, karty i »4 w rzędzie«. W tych miejscach chłopcy mogą korzystać ze smartfonów, ale chodzi o to, żeby odłożyli je na bok i spędzali czas, grając razem".
Jeśli mówimy o boisku, czego wymaga pan od swojej drużyny?
"Podejmowania inicjatywy, zarówno z piłką, jak i bez niej. Wynikiem nie jest wygrana czy porażka 4:0. Liczy się obserwowanie procesu rozwoju podczas poszczególnych spotkań".
A poza boiskiem?
"Powinni znaleźć inne pasje, czytać książki, uprawiać inne sporty. W Villarrealu i Bilbao stworzyliśmy program rozwoju emocjonalnego, współpracując ze stowarzyszeniem zajmującym się porzuconymi psami. Raz w miesiącu jeden z zawodników opuszczał trening i szedł zajmować się psami, co było znacznie bardziej wartościowe. W drugim zespole Villarrealu w każdy piątek kilku chłopaków odwiedzało osoby z porażeniem mózgowym. Myli je, czyścili im usta. Ku mojemu zaskoczeniu mówili mi: »To najlepsze doświadczenie, jakie przeżyliśmy w życiu«".
A jeśli coś nie działa? Jeśli ktoś ciągle spóźnia się na trening?
"Uważam, że nie należy traktować tego jako problemu, ale jako okazję do zrozumienia prawdziwej przyczyny spóźnienia. Piłkarze to ludzie, którzy bardzo cierpią. Mają presję, oczekiwania rodzin, osobiste problemy. Ja, kiedy grałem, bardzo dużo płakałem".
Jakie jest pana marzenie? Ktoś inny powiedziałby: 'Trenować Real Madryt', ale mam wrażenie, że od pana nie usłyszymy takiej odpowiedzi...
"Marzę o tym, żeby za dwa lata ta drużyna Milan Futuro była Milanem".
Trenerze, czy pan w ogóle się złości? Ile razy krzyczał pan w ciągu ostatnich dwóch miesięcy?
"Na sędziów tylko raz, z powodu faulu, i popełniłem błąd – muszę nad tym pracować. Na chłopaków prawie nigdy".
A jak układają się pana relacje z Amorimem?
"Dużo rozmawiamy. Za pierwszym razem powiedziałem mu: »Jeśli jestem beznadziejny, możesz mi to powiedzieć«. Ma osobowość, bardzo przygląda się młodym zawodnikom i jest niezwykłym człowiekiem. Widzę, jak świetne relacje Rúben ma ze swoimi piłkarzami".
Do Mediolanu przywiózł pan ze sobą tylko jednego asystenta, Roberto Roblesa. Jak układa się współpraca z włoskim sztabem, który zastał pan na miejscu?
"Po raz pierwszy w życiu znalazłem całą grupę ludzi, których łączy ogromna miłość do klubu i chęć nauki. Zwykle pojawiają się kłótnie, zazdrość, zawiść. Tutaj poziom wszystkich – od moich asystentów po trenera bramkarzy – jest bardzo wysoki".
Jak wygląda pana typowy dzień?
"Przyjeżdżam do Milanello o ósmej rano i wychodzę o szóstej wieczorem. Jadę godzinę samochodem, pomagam córce odrabiać lekcje, śpię i zaczynam od nowa. Zawsze tak robiłem".
Ale ostatecznie – co liczy się dla Sergio Navarro?
"Dla mnie nie jest ważne 4-2-3-1 czy 4-4-1-1. Uważam też, że dane, które są teraz modne, są uzupełnieniem, ale nie stanowią sedna. GPS nigdy nie zmierzy człowieczeństwa, nigdy nie powie, czy zawodnik jest dobry. Do tego potrzebne są oczy, wyczucie, opinia innych ludzi. Ostatecznie liczy się miłość: zaufanie do siebie nawzajem, ponieważ tylko wtedy, gdy czujesz się bezpiecznie, możesz dać z siebie maksimum".
Rozmowę przeprowadzili Francesco Albanesi i Luca Bianchin (La Gazzetta dello Sport)
Wiedział wszystko "na czuja".
Kopiuje wywiad i może kiedyś jak wróce do piłki to coś z tego zaczerpne.